vanishing point
W gre…
Czasem człowiek nudzi się w niedzielne popołudnie. Większość z Was pewnie zna to uczucie - lepiej lub gorzej. Jeżeli dodatkowo jest luty, padający deszcze roztapia resztki śniegu, a człowiek jest na nogach od samego rana, to nawet leniwa kawa przy przeglądaniu Internetu jest nudna.
Ale dziś uznałem, że „bede grau w gre”! A co! Problem był tylko jeden - w co?
Wielu z Was przebrnęłoby teraz przez tonę tytułów, które posiadacie. Ja miałem inny problem - na dysku, oprócz „gier” z Windowsa, znalazłem Wiedźmina 2, WarCraft III (a nawet Frozen Throne) i Palnts vs. Zombies.
Wiedźmin 2 niedokończony. Odpalam. „Halo, halo - musisz zainstalować aktualizację, 10GB do pobrania, godzina nie Twoja!”. Odpada. Od razu wyrzuciłem z dysku - i tak zniknąłby w trakcie nadchodzących porządkach. WarCraft III - tutaj wszystko OK, ale ile można. Jedna mapa i szukam dalej. Plants vs. Zombies? Super! Ale przechodzić po raz kolejny?
Przeglądam półkę. Pustki. Ja generalnie nie gram dużo. Nigdy też nie byłem wielkim graczem. Stąd na półce parę płytek z gazet, NFS Hot Pursuit (ten najnowszy), dwie części wiedźmina i Mirror’s Edge. Uznałem, że czas kupić coś nowego.
I zaczynam współczuć ludziom, którzy grają dużo i często. Ludziom, którzy chcieliby kupić kilka - choćby 2 lub 3 - gry w miesiącu. I znów lepiej zaczynam rozumieć proceder piracenia gier.
Od kiedy nowe gry kosztują takie kosmiczne sumy! Ja rozumiem - wersja super-hiper z figurkami, mapami, plakatami, artbookami itd. Ale standardowe wersje po 120-140zł? Na PC!?
Pozwólcie, że odwołam się do „starych, dobrych czasów” - kiedyś ludzie narzekali, że nowe gry kosztują „czasem” „nawet” 99zł. A długo wyczekiwane tytuły to wydatek 120zł. A nowości w cenie 80-100zł były uznawane za drogi standard. I te same gry pozwalały posiedzieć kilkadziesiąt godzin goniąc po lochach, statkach kosmicznych, obcych planetach etc.
Dziś? Kilka tytułów, które coś mi mówią:
- Sim City, edycja limitowana - 149,90zł w przedsprzedaży (potem 169,90zł)
- BioShock Infinite - 119,90zł w przedsprzedaży (potem 139,90zł) wersja Ultimate Songbird Edition to wydatek 509,90zł
- Tomb Rider - 119,90zł w przedsprzedaży (potem 139,90zł)
- GRID 2 - 119,90zł w przedsprzedaży (potem 139,90zł)
- Crysis 3 - 129,90zł w przedsprzedaży (potem 149,90zł)
- Dead Space 3 - 129,90zł
- Fifa 13 - 84,90zł (obniżka ze 149,90zł)
- Assassins Creed III - 79,90zł (obniżka ze 149,90zł)
Zerkam jeszcze na niedawny hit:
The Elders Scroll V: Skyrim - 139,90zł (+ dodatek Dawnguard za 63,99zł + dodatek Dragonborn za 69,90zł)
Być może dla Was to nic nowego. Cóż - standard. Ale dla mnie to porażające ceny! Kilkadziesiąt złotych za dobry tytuł bez dodatków - OK. Większe kwoty za dodatkowe koszulki, kubki itd. - OK, jeżeli ktoś chce. Ale kupując 2 lub 3 gry w miesiące musiałbym wydać na nie niemalże 400zł! A gdyby były to gry „trochę” droższe zapewne pękłaby granica 500zł. Pół tysiąca!
Co dostaję w zamian? Kilka - kilkanaście godzin rozrywki. I nadzieję, że preorder nie okazał się złym wyborem. W moim przypadku kilkanaście godzin gry to pewnie ze dwa tygodnie. U innych to pewnie dwa-trzy dni. Czasem ma sens zaczynanie od nowa, czasem nie. OK - inaczej wygląda sprawa z Fifą czy GRIDem. Ale tam też kiedyś wkradnie się monotonia.
Jaki jest efekt mojego przeglądu cen? Od dawna czekam na Sim City - i to pewnie kupię. Reszty - nie. Po prostu mnie nie stać. A następnym razem skupie się na przeszukiwaniu wszelkiego rodzaju „Złotych Kolekcji” czy innych klasyk z nadzieją, że trafię tam na coś niekoniecznie bardzo starego, a kosztującego 1/3 oryginalnej ceny.
„Hobbit: Niezwykła podróż” - ale która wersja?

Cóż, „Hobbit” zawitał do kin. Ciekawe, co tym razem przyniesie nam połączenie sił John Ronalda Reuela Tolkina i Petera Jacksona?
Tak więc wybieram się do kina - przy czym „wybieram się” oznacza w tym kontekście planuję. Nie wiem kiedy - mało ważne, byle zdążyć, póki „Hobbit” jest obecny w repertuarach kin. Nie wiem też, na jaką wersję…
Dawniej wybór był prostszy - najpierw pojawiała się wersja z napisami, potem z dubbingiem. I tyle. Obydwie miały swoich zwolenników i przeciwników. Od pewnego czasu mamy też wersję 3D (a tyczy się to już sporej liczby nowych filmów). Co bardziej zorientowani zastanawiają się, czy wybrać wersję analogową, czy cyfrową.
Co dostajemy teraz? Otwieram repertuar jednej z większych sieciówek. Sobota, 29 grudnia 2012 roku. I czytam:
- „Hobbit: Niezwykła podróż” 2D (dubbing)
- „Hobbit: Niezwykła podróż” 2D (napisy)
- „Hobbit: Niezwykła podróż” 3D (48HFR, napisy) ??
- „Hobbit: Niezwykła podróż” 3D (dubbing)
- „Hobbit: Niezwykła podróż” 3D (napisy)
Napisy, dubbing - rozumiem. 2D, 3D - rozumiem. Ale czymże jest 48HFR? Szybkie poszukiwania i odświeżenie pamięci daje efekty - 48 klatek na sekundę. Co to znaczy? W teorii - dwa razy „płynniej” niż zwykle (standard to 24 klatki, czasem 25). Wbrew pozorom sprawa nie jest jeszcze jasna. Do filmów 3D przekonany nie jestem do dziś (rzadko mają prawdziwy sens, zazwyczaj to tylko kilka scen kręconych w dany sposób celowo, żeby owy trójwymiar podkreślić), 48 klatek to jeszcze niezbadany temat - a odzew jest raczej średni.
I tak docieram do momentu, kiedy uświadamiam sobie jedno - na pewno wybiorę napisy! ;-)
PS. I pewnie 3D, 48HFR - w domu tego nie zobaczę, a opinie warto mieć wyrobioną :-)
the studio of Shyama Golden




